Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja książki - Star Wars: Thrawn. Zdrada

Po przeczytaniu pierwszego tomu nowych kanonicznych przygód Thrawna natychmiast chciałem sięgnąć po drugi, po lekturze drugiego... wiadomo, chciałoby się więcej. Aż w końcu pojawił się on, wyczekiwany trzeci tom!

Książkę osadzono gdzieś pod koniec czwartego sezonu „Rebeliantów”, kiedy to Thrawn udał się na Coruscant. I od razu ma pod górę, bowiem pośród narady głównych „szych” Imperium, mają zostać rozdysponowane fundusze. Thrawn chce je pozyskać aby rozwijać projekt TIE Defenderów, z kolei Tarkin i Krennic chcą pozyskać te środki na Gwiazdę Śmierci. Byłoby przecież za prosto, prawda? Fundusze stają się nagrodą w zakładzie... ale na horyzoncie pojawiają się również Chissowie. No zapowiada się ciekawie, bo możemy przypuszczać, że Mitt’rawn’nuruodo będzie musiał nie tylko doprowadzić do pozyskania funduszy na TIE Defendery ale jeszcze będzie miał zagwozdkę czy poprzeć Imperium czy swoich rodaków, Chissów. 

Niestety, pierwszy wątek zostaje szybko odsunięty na bok, bo znaczna część książki to bój toczony na linii Thrawn – Gryskowie (których poznaliśmy w poprzedniej książce). Jak wiemy, Gryskowie nie są jakąś istotną kwestią, bo nigdy wcześniej – ani później – nie słyszelismy. Więc można odnieść wrażenie, że pisząc ten wątek Zahn chciał nabić dodatkowe strony, aby jego powieść była nieco grubsza. Gdzieś przeczytałem zdanie, że autor sam zapędził się w kozi róg, bo zrobił z Mitt’rawn’nuruodo wielkiego admirała w pierwszej książce. No i coś w tym może być, szybko doprowadził go do sytuacji, którą znamy z serialu animowanego. Później niestety nie mógł zbytnio poszaleć z pomysłami, bo był ograniczony tym co Filoni robi w swoim dziele. A już – moim zdaniem – najgorsze jest to, że książkowy Thrawn nie jest równy serialowemu. W książkach Chiss jest geniuszem, zawsze ma dobre (jak nie bardzo dobre) wyjście z każdej sytuacji, sztuka pomaga mu poznać ruchy przeciwników. No geniusz, geniusz jak się patrzy... a jednak cyckał go jakiś dzieciak z Lothalu i pozwolił by kosmiczne „wieloryby” zabrały go hen hen w przestrzeń kosmiczną. Niestety, ten minus powtarza się w każdej książce i w „Zdradzie” nie jest inaczej. To irytuje, naprawdę. Ale to wcale nie błąd książki. Nie, nie. Ja bym wręcz powiedział, że największą krzywdą było pokazanie Thrawna w „Rebeliantach”. Przedstawienie go tam było największą krzywdą. No ale... Co możemy na to poradzić?

Na szczęście sytuację – trochę – ratują postacie drugoplanowe, które są siłą powieści Zahna, zarówno Kanonicznych jak i Legendarnych. Wraca do nas Eli Vanto, poznajemy także chissańską panią admirał Ar'Alani. No i jest Tarkin, Krennic, jest też oddany mu Brierly Ronan. Wszyscy są ładnie i ciekawie rozpisani. Bez wątpienia jeśli może, Zahn puszcza wodze wyobraźni i pisze ciekawie. O ile nic go nie ogranicza. Thrawn to jednak był ciężki orzech do zgryzienia, ja to w pełni rozumiem. Zakładam – mylnie, a może i nie – że autor robił co mógł i dawał z siebie wszystko, żeby jego książkowa trylogia była bardzo dobrym dziełem. Jako fan Legend – a przynajmniej sporej części tamtejszych rozwiązań – ubolewam nad tym, że Gryskowie prawdopodobnie są taką uboższą i gorszą wersją Yuuzhan Vongów. Bo jeśli dobrze pamiętacie, w „Poza galaktykę” Imperator dowiaduje się od Mitt’rawn’nuruodo o Przybyszach z Dali. No tutaj są Gryskowie, ale niestety, do Vongów im naprawdę wiele brakuje. Szczerze? Wolałbym, żeby Kanon wprowadził Vongów, bo można z nimi zrobić naprawdę niesamowite historie. Może większe czerpanie z Legend zadowoliłby takich zwolenników tychże jak ja? Oczywiście nie mówię, że powinni kopiować wszystko co się da kropka w kropkę. Nie. Muszą to robić umiejętnie. Zahn przynajmniej pokazał, że może czerpać ze swoich legendarnych dzieł i bardzo dobrze je wplatać w Kanon.

Tak czy siak, „Zdrada” to ładnie napisana pod względem warsztatu i wyobraźni książka. Owszem, geniusz Thrawna denerwuje. Owszem, możemy liczyć, że Mitt’rawn’nuruodo będzie dylemat czy stanąć po stronie Imperium czy Chissów a nie do końca dostajemy taką wątpliwość. Owszem, są i inne potknięcia, ale to wcale nie umniejsza tego, że Timothy Zahn pisze dobre książki. Jak mówiłem wcześniej, „Rebelianci” Filoniego znacznie ograniczyli pole manewru Zahna i musiał się do tego wszystkiego odpowiednio dostosować. Zrobił co mógł. I nawet mnie przekonał. Chociaż końcówka książki w porównaniu z tym co widzieliśmy w „Rebeliantach” to jak ogień i woda.

Dengar

Star Wars: Thrawn. Zdrada
autor: Timothy Zahn
tłumacz: Anna Hikiert
liczba stron: 448

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2021 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.